Ogrom zniszczeń i cierpień, które przyniosła narodom Europy I wojna światowa sprawił, że już na kończącej ją konferencji pokojowej w Paryżu górę wzięła zasada samostanowienia narodów i dążenie do tworzenia państw narodowych, obejmujących swoimi granicami społeczności jednolite etnicznie.

Takie rozwiązanie uznano za najskuteczniejszy sposób zapobiegania konfliktom międzynarodowym. Problem uznano za na tyle ważny, że uregulowano go w odrębnym traktacie, zwanym małym traktatem wersalskim. Podpisany 28 czerwca 1919 r. gwarantował poszanowanie i obronę praw mniejszości narodowych, a w przypadku ich naruszania dawał możliwość odwoływania się do Rady Ligi Narodów z pominięciem krajowej drogi sądowej. Mały traktat wersalski podpisały Polska, Czechosłowacja, Rumunia, Grecja oraz Królestwo Serbów, Chorwatów i Słoweńców, natomiast nie przystąpiły do niego Niemcy (Republika Weimarska), posiadające przecież liczne mniejszości narodowe, w tym polską. Politykom europejskim zabrakło wyobraźni, aby widzieć w postanowieniach traktatowych narzędzie pozwalające ingerować w politykę wewnętrzną państw sygnatariuszy.
O przynależności państwowej terenów pogranicznych z ludnością przemieszaną narodowościowo, zadecydować miały plebiscyty. Zarządzono je na Warmii, Mazurach i Powiślu, na Górnym Śląsku, Spiszu, Orawie i w okręgu Czadeckim oraz na Śląsku Cieszyńskim Rozwój sytuacji politycznej sprawił, że nie doszło do plebiscytów na pograniczu polsko-czechosłowackim, a o przebiegu granicy zadecydowała w 1922 r. Rada Ambasadorów. Uwikłanie Polski w wojnę z Rosją Radziecką było jedną z przyczyn niekorzystnego wyniku plebiscytu przeprowadzonego w 1920 r. na Warmii, Mazurach i Powiślu, natomiast o przynależności części Górnego Śląska do Polski zadecydowały trzy powstania.
Odradzająca się po 123 latach niewoli Polska zmuszona była walczyć orężnie nie tylko o kształt swoich granic, ale także kształtować swoją politykę w sposób, który nie powodowałby zadrażnień z liczącymi ponad 30% ogółu ludności mniejszościami narodowymi. Z jednej strony pożądana była integracja społeczeństwa, z drugiej zaś należało respektować rosnącą świadomość narodową w środowiskach nie polskich. Przez całe dwudziestolecie międzywojenne realizowano tę politykę z różnym skutkiem. Nie radzono sobie np. z kwestią szkolnictwa i używanego w nim języka. Generalnie, władze II RP, podobnie zresztą jak wszystkie inne państwa europejskie, nie poradziły sobie z problemami mniejszości narodowych.
Dla zdecydowanej większości mieszkańców Królestwa Polskiego, zwanego po 1867 r. „krajem przywiślańskim”, kwestia przynależności narodowej nie stanowiła aż do wybuchu I wojny światowej problemu o szczególnej wadze. Byli od pokoleń poddanymi cara Rosji i nic nie zapowiadało rychłej zmiany. Także między Wieruszowem a Skierniewicami i między Radomskiem a Kutnem toczyło się zwykłe życie sąsiadujących ze sobą Polaków, Niemców, Żydów, w większych miastach również Rosjan. Świadomość narodowa, pamięć o pochodzeniu przodków była swego rodzaju „znakiem osobistym”, publicznie niewyróżniającym. Bardziej widoczna była odmienność religijna, widoczna w uczęszczaniu do katolickiego kościoła, ewangelickiej „kirchy”, prawosławnej cerkwi, czy żydowskiej synagogi, ale i tę kwestię traktowano jako wyłącznie prywatną. I oto jesienią 1918 r. jedni z dotychczasowych sąsiadów, Polacy, tworzą własne państwo! Nie ma już „batiuszki” cara, rodzi się nowa rzeczywistość, w której dawni jego poddani muszą określić, kim są, kim chcą być w odradzającej się Polsce.
Dylemat ten był najtrudniejszy dla Rosjan, którzy nie widzieli powodu, aby ewakuować się w 1915 r. wraz z carską administracją. Wielu z nich pozostało, zwłaszcza w Łodzi i Piotrkowie, powiązanych już z miejscem zamieszkania związkami rodzinnymi, prowadzonymi interesami gospodarczymi. Czuli się zasiedziali. Przeżyli trudy niemieckiej okupacji, a wieści dochodzące z ogarniętej wojną domową bolszewickiej Rosji, skutecznie odstraszały od powrotu do kraju przodków. Władze II RP nie czyniły im przeszkód w ubieganiu się o „przyjęcie w poczet obywateli Rzeczypospolitej Polskiej”, jak oficjalnie nazywano tę procedurę. Nawet starający się o obywatelstwo polskie przedstawiciele carskiego aparatu policyjnego mogli liczyć na przychylność, o ile udokumentowali, że w trakcie pełnienia obowiązków służbowych ich stosunek do ludności polskiej był „przyzwoity”.
Problemu z określeniem swojego stosunku do odrodzonej Polski nie mieli Żydzi. Aspiracje polityczne i państwowe spełniał ruch syjonistyczny, stawiający sobie za cel zorganizowanie państwa żydowskiego w Palestynie. Natomiast ogromna większość Żydów zasiedziałych na ziemiach polskich od pokoleń, czuła się sama jako „tutejsi” i tak też była postrzegana przez swoich chrześcijańskich sąsiadów. Bez ich obecności i aktywności gospodarczej trudno byłoby sobie wyobrazić funkcjonowanie wielu gałęzi przemysłu, handlu i usług. W 1914 r. wśród nieco ponad 1 tys. łódzkich dorożkarzy, 90 proc. stanowili Żydzi. Byli też bardzo sprawnymi pośrednikami w wymianie handlowej między miastem a wsią. Do uzyskania obywatelstwa II RP wystarczał jedynie zapis w księgach ludności stałej miasta lub gminy. Duża część elit żydowskich polonizowała się. W latach międzywojennych liczni przedstawiciele łódzkiej inteligencji będą określać się jako Polacy pochodzenia żydowskiego.
Odrodzenie państwa polskiego stanowiło też wyzwanie dla społeczności niemieckiej, silnej ekonomicznie zarówno w miastach, jak i na wsi. Polscy sąsiedzi pamiętali dokonane przez Rosjan na przełomie 1914 i 1915 r. deportacje bardziej zaangażowanych narodowo Niemców w głąb cesarstwa, jak i memoriał wystosowany w 1915 r. przez grupę nacjonalistycznych działaczy niemieckich do kanclerza Rzeszy z postulatem przyłączenia Łodzi wraz z guberniami piotrkowską, płocką i kaliską do państwa niemieckiego. Klęska militarna Niemiec złamała jednak nastroje wielkoniemieckie. Podczas wyborów do Sejmu Ustawodawczego w styczniu 1919 r. Niemcy mieszkający w Polsce nie wiedzieli za kim i za czym mają się opowiedzieć. Stanowisko zdecydowanej większości swoich rodaków w dawnym Królestwie Polskim przedstawił Józef Spickermann, poseł z Łodzi na Sejm Ustawodawczy. Podczas posiedzenia parlamentu 7 marca 1919 r. powiedział: „My obywatele pochodzenia niemieckiego, uważamy Polskę za naszą Ojczyznę, albowiem tu jesteśmy urodzeni, tu spędziliśmy naszą młodość, z ziemią tutejszą jesteśmy związani całym swoim myśleniem; cała nasza psychika jest zupełnie inna niż u Niemców zagranicznych, całą naszą siłę moralną czerpiemy z tej naszej ziemi rodzinnej; tylko tu czujemy się w domu, tylko tu jesteśmy zupełnie swobodni, dlatego chętnie ponosimy wszystko w ofierze dla dobra państwa. Mienie i życie gotowi jesteśmy oddać, ażeby i z naszej strony przyczynić się do stworzenia silnej i potężnej Polski. Jednego tylko musimy żądać: aby nam pozostawiono w szkole, w domu i kościele nasz język rodowity, w którym porozumiewamy się od urodzenia, w którym także chcemy umrzeć, bo nasza siła moralna związana jest z ziemią rodzinną takimi więzami, jak z językiem rodowitym, który uważamy za święty spadek po naszych ojcach i dziadach”.
Taka postawa lojalności wobec nowego państwa, podzielana przez ogromną większość społeczności nie polskich, nie była przejawem oportunizmu, ale dowodem na „zasiedzenie”, na atrakcyjność polskiej kultury, polskiego otoczenia. To też tworzyło „kapitał początkowy” Drugiej Rzeczypospolitej.
Prof. nadzw. dr hab. Krzysztof Woźniak

Show Buttons
Hide Buttons

Urząd Marszałkowski Województwa Łódzkiego © 2019

100lat.lodzkie.pl